Kaukaz 2008

Piotr Picheta, Maciek Chmielecki, Damian Granowski, Tomek Mucha

Wyprawa Kaukaz, Śladami Heraklesa 2008, 15.07 – 12.08.2008

W dniu 15 lipca 2008 roku długo wyczekiwana wyprawa na Kaukaz nabrała rozpędu. Spakowani do plecaków, których waga oscylowała w okolicach 35 kg udaliśmy się na dworzec, skąd pociągiem do Przemyśla zainicjowaliśmy długą podróż. Plan zakładał tranzyt przez Ukrainę, Rumunię, Bułgarię, Turcję, by ostatecznie 19 lipca przekroczyć granicę Gruzji.

Pierwsza w kolejce była Ukraina, jako swoisty chrzest, punkt, od którego wszystko się zaczęło. Zasłyszane opowieści o ukraińskich pogranicznikach, którzy widząc turystów z wielkimi plecakami grzecznie wyprowadzają ich z matni ludzkich ciał i prowadzą bocznym przejściem, można wsadzić sobie między bajki.

Medyka to prawdziwe pole bitewne, na którym walczysz i utrzymujesz się na nogach albo giniesz stratowany. Tam nie było litości, nie było przyjaciół, a jedyna droga ucieczki już dawno całkowicie odcięta masą nacierających ludzi. Witamy w realiach „przemytniczej mrówczarni” – pierwsi zwyciężają, a ostatnich szarpią psy. Niczym bydło w zbyt małej zagrodzie parliśmy w przód, byle tylko na wolność, byle uciec z tej dusznej, nierealnej matni. Wielki pogięty płot, raz za razem, chwytał mnie za gardło. Wciśnięty między pręty ogrodzenia z trwogą spoglądałem na chwiejącą się konstrukcję. Tłum falował, a w myślach wciąż dominowała natrętna mantra – oby ten płot nie runął. Chwytając się kolejnych prętów ogrodzenia dociągałem się w stronę upragnionych barierek, które niczym wąskie gardło maszynki do mięsa mieliły ludzką masę, przepuszczając tylko jedno ciało. Wyobraźmy sobie dyskotekę pełną ludzi, w której nagle wybucha gwałtowny pożar, a jedyne wyjście awaryjne jest zastawione rusztowaniami ekipy budowlanej – taka była Medyka.

Po tych wydarzeniach moje przekonanie o nudnej podróży do Gruzji zostało brutalnie poddane recyklingowi. Byłem w pełni gotowy na przygody.

Legendarna Kolchida, w której Herkules wraz z Jazonem poszukiwał złotego runa to wysokogórski region Gruzji (graniczący z Abchazją i Rosją), który dzieli się na Swanecję Górną i Dolną. Granicą tych dwóch subregionów jest pasmo Gór Swaneckich, którego kulminacją jest wierzchołek Laili (4008 m). Region Swanecji zamieszkany jest przez niezwykle gościnnych i dumnych Swanów, których kultura kształtowana w izolacji od reszty ziem gruzińskich – z uwagi na trudnodostępny region – wykształciła szereg własnych regionalnych cech, włącznie z odrębnym, archaicznym, niepisanym językiem swańskim.

Tuż po przybyciu do małej miejscowości Lentekhi w Dolnej Swanecji, zostaliśmy gorąco przywitani przez grupę groźnie wyglądających osiłków, która niemalże siłą wyciągnęła nas z zapakowanej po brzegi marszrutki. Mocno zaniepokojeni wypakowywaliśmy plecaki. Gdy ostatecznie przekroczyliśmy próg autobusu instynkt samozachowawczy rozpoczął swoją mroczną grę. Czarne scenariusze, niczym klatki filmowe puszczone w zwolnionym tempie przenikały do kości. Trudno się dziwić. Czterech turystów ląduje w obcej krainie, która przez większość świata uważana jest za region niebezpieczny. Jak się później okazało, byli to lokalni policjanci, którzy za punkt honoru postawili sobie opiekę nad gośćmi. Bez wątpienia nimi byliśmy. Sakartvelos Gaumardżos. Wieczór przy hektolitrach wina, żywe toasty i niesamowita otwartość tych ludzi, sprawiła że wszystkie nasze obawy stały się niczym poranna mgła, rozpływająca się w promieniach słońca. Gość dla Gruzina to świętość. Musi czuć się bezpiecznie i nie może odejść głodny. To wspaniała cecha tego narodu.

Po nocy spędzonej na posterunku, zostaliśmy przewiezieni UAZ-em około 20 km w górę rzeki, skąd rozpoczeliśmy trzydniowy marsz w stronę Lajli (25 km), gubiąc się przy tym wielokrotnie w lesie i błądząc przez kolejne dwa dni.

23 lipca osiągnęliśmy wysokogórskie hale (1700 m), z których rozpoczęliśmy właściwe podejście. Początkowo, trasa wiodła bardzo stromym zboczem, które gęsto porośnięte bujną roślinnością, skutecznie utrudniało nam wspinanie z 35 kilogramowymi plecakami.

Wredna natura. To jedno z bardziej subtelnych określeń, jakie cisnęły się na nasze usta. Z nieba lał się żar, który wypalał wodę i zniechęcał do ruchu, a owady traktowały nasze ciała niczym suto zastawiony stół, dopełniając czarę goryczy. Wtedy przez moją głowę, wielokrotnie, przelatywały myśli, żeby rzucić to wszystko, zostawić ten trud daleko za sobą, zakończyć tą nierówną walkę i wrócić do domu.

Następnego dnia, po nocy spędzonej w królestwie owadów, na wysokości 2500 m postanowiliśmy złożyć depozyt pod kamieniami i na lekko, z niewielką ilością wyposażenia ruszyć na wierzchołek. Niestety, po raz kolejny góry udowodniły nam, że łatwo nie będzie. Niebezpieczne wspinanie w kruchym terenie, trawersy po ruchomych osuwiskach i stałe uskakiwanie przed zsuwającymi się kamieniami wyraźnie nas spowalniało. Na lodowcu, na wys. 3500 m znaleźliśmy się o wiele później niż zakładaliśmy, dlatego decyzja o wycofaniu się i zanocowaniu była jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Z minimalną ilością sprzętu, pozbawieni namiotów i śpiworów zmuszeni byliśmy do zejścia na zielone łąki i wniesienia ponownie na lodowiec potrzebnego wyposażenia. To był trudny czas, okupiony litrami potu i odwodnieniem. Straszne jest słyszeć wodę, czuć jej zapach, widzieć oczami przepiękne kaskady rozbijające się o głazy i nie móc się do niej zbliżyć.

Kolejnego dnia, z samego rana ruszyliśmy na wierzchołek, mylnie sądząc, że kierunek, który obraliśmy jest właściwy. Tuż pod szczytem okazało się, że idziemy, ale na niższy wierzchołek masywu. Wyraźnie skonsternowani zaczęliśmy schodzenie, by wreszcie koło południa stanąć na upragnionej Lajli (4008 m).

- Teraz już wiem. Nie ważne ile osób było przed nami. Jestem tu, i tego mi już nikt nie odbierze – to były słowa Maćka, które na zawsze pozostaną w moje głowie.

Potężne szczyty Wielkiego Kaukazu prężyły się w słońcu. Wyraźna linia lodowców budziła grozę i pożądanie. Strzeliste turnie sprawiały wrażenie, jakby toczyły bój o pierwszeństwo w niebie. Kto sięgnie wyżej, kto szybciej rozdrapie niebo? Elbrus, Ushba, Dych–Tau, Szchara, Kazbek i wiele innych. To wszystko na wyciągnięcie obiektywu. Mogliśmy się tym cieszyć przez następne dwie godziny. Gruzińska pogoda i Laila zafundowała nam widok, jakiego się nigdy nie zapomina.

Ushguli. Najwyżej położona wioska w Europie (2200 m) to prawdziwy powrót do średniowiecza. Wąskie uliczki, zwierzęta puszczone samopas, rozpadające się domy, zlepione z łupków i strzeliste wieże, których historia sięga XII wieku. Niegdyś, baszty służyły góralom do obrony przed najeźdźcami, oraz przed krwawą zemstą (gruz. licwri) innego rodu. Wendeta była sprawą honoru. Krzywda wyrządzona komuś z rodziny lub przyjaciół zmuszała dumnych Swanów do zadośćuczynienia, które często kończyło się okaleczeniem lub śmiercią wroga. Przed zemstą ustrzec się można było chowając się w wysokoch wieżach, których kamienna konstrukcja zapewniała bezpieczeństwo i skuteczne odpieranie ataków. Do dziś przetrwało około 200 baszt, które wciągnięte zostały na listę światowego dziedzictwa kulturalnego i przyrodniczego UNESCO.

Przez Ushguli płynie rzeka Inguri, która według podań historycznych i mitologicznych niosła w swym nurcie złotonośną zwietrzelinę. Wydobywano go przez układanie skór owczych w ciekach wodnych lub korytach, które niczym filtr zbierały drobinki złota. Następnie, skóry te były spalane, a wzbogacony kruszec odzyskiwany.

To właśnie w tym w tym miejscu zrodziła się legenda o złotym runie, po które przybył do Kolchidy Jazon wraz z Heraklesem. A my, podążając ich śladami postanowiliśmy to sprawdzić.

Region Chewi znajduje się pomiędzy dwoma najwyższymi pasmami Wielkiego Kaukazu. Granice południowe wyznacza Pasmo Wododziałowe (dział wodny rozdzielający rzeki północnego i południowego Kaukazu), natomiast granice północne wyznacza Pasmo Boczne, którego kulminacją jest odległy Elbrus. Nazwa regionu wiąże się z rzeźbą terenu, która mocno ponacinana wąwozami przypomina krajobraz alpejski (chewi = wąwóz). Nad Chewi majestatycznie góruje potężny Kazbek, który jest jednym z najwyższych szczytów Kaukazu.

Do miejscowości Stepancminda (do niedawna Kazbegi), leżącej u stóp góry Kazbek dotarliśmy 3 sierpnia, pod wieczór. Sprawnie załatwiony nocleg w polskim schronisku (sic!) pozwolił nam cieszyć się widokiem lodowej piramidy góry Kazbek, oblanej czerwienią zachodzącego słońca.

Następnego dnia, z samego rana, ruszyliśmy w kierunku wzgórza Gergeti (2080 m), na wierzchołku którego znajdował się malowniczy Kościół Świętej Trójcy. Od tego miejsca posuwając się na południowy-zachód dotarliśmy do olbrzymiego czoła lodowca. Po przekroczeniu wartkiej rzeki, spływającej kaskadami z wielkich naniesionych głazów, wkroczyliśmy w świat lodowych szczelin. Gwałtowne załamanie pogody, tak typowe dla tego regionu, bardzo szybko sprawiło, że po raz kolejny zgubiliśmy się w trakcie podejścia. Nasz cel, Stacja Meteo (3600 m) była blisko, czuliśmy to, ale zapadający zmrok, silny wiatr i gęste chmury sprawiły, że błądziliśmy przez kolejne kilka godzin.

Labirynt lodowca potrafi być bardzo zwodniczy. Mimo że większość mostów śnieżnych była wytopiona, a same szczeliny doskonale widoczne, to jednak ich długość potrafiła zaskoczyć „ślepą uliczką”. Ta prawdziwa mieszanina pęknięć, niczym lodowa paszcza potwora, naszpikowana potężnymi kłami, wielokrotnie wstrzymywała nasz krok, strasząc bezdenną ciemnością.

O północy dotarliśmy do stacji, kompletnie wyczerpani, ale szczęśliwi, że męka, w której braliśmy udział nareszcie dobiegła końca. 14 godzina walki, z wiatrem, lodowcem, frustracją i ogromnym zmęczeniem szybko pogrążyła nas w głębokim śnie. Kolejny dzień spędziliśmy na odpoczynku i aklimatyzacji, by wreszcie 6 sierpnia o trzeciej nad ranem wstać i ruszyć w stronę szczytu.

Posuwaliśmy się po morenie lodowca w całkowitych ciemnościach, od czasu do czasu wyłapująć pojedyncze światełka zespołów, które wyruszyły przed nami. Droga prowadziła nas przez plateau lodowca, trawersowała strome zbocza, przecinała szczeliny, kluczyła między serakami i przerażała nieustannie spadającymi lawinami kamieni. Głazy wielkości telewizorów i lodówek oderwane od skalnych turni, z łoskotem staczały się w dół, dwukrotnie przecinając linię naszego marszu. Trudno po spotkaniu z takim kamyczkiem zachować właściwą postawę ciała.

Na przełęczy między dwoma wierzchołkami Kazbeka, ostatnie 50 m stromej, śnieżno-lodowej ściany (około 45-50 stopni nachylenia) wyprowadziło nas na upragniony wierzchołek. Kazbek został zdobyty - ostatecznie.

Tego dnia na atak szczytowy wyszło sześć zespołów, z czego tylko trzy zameldowały się na szczycie. Byli to, co nie jest dziwne, Polacy i Czesi. Gruzini i Hiszpanie zawrócili, rzekomo, z powodu trudnych warunków pogodowych. No cóż – obietywnie – było ciężko (mróz, wiatr, słaba widoczność), ale nie do tego stopnia, żeby zrezygnować z takiego marzenia.

8 sierpnia wybuchła wojna – w moje urodziny. Wojska gruzińskie i osetyjskie wspierane przez Rosję skrzyżowały oręż. Maszyna wojenna rozwarła szpony, znacząc swoją obecność pożogą i krwią. Zaczęła szarpać mięśnie, rozrywać tętnice, kruszyć kości.

Z każdą godziną sytuacja w Osetii nabierała rozpędu. Setki umierających, zniszczone miasta, strach i zobojętnienie. Rosjanie wciąż walczyli na terytorium Osetii, ale to była tylko kwestia czasu. Z taką potęgą militarną Gruzini nie mogli się mierzyć. Atak wywołuje kontratak, dlatego zagrożenie inwazją Rosjan przez Władykaukaz i ostrzał artyleryjski stolicy był jak najbardziej realny. Musieliśmy uciekać.

9 sierpnia udało nam się wróciliśmy do Tbilisi. Natychmiast udaliśmy się do ambasady, która początkowo zapewniała nas, że sytuacja jest stabilna, by następnego dnia wysłać do nas smsa z informacją o zwiększonym zagrożeniu bombardowaniem i rozpoczętej ewakuacji.

Zapakowani do siedmiu miejskich autobusów zostaliśmy przewiezieni do Armenii, gdzie w Erewaniu spędziliśmy noc w hotelu. Następnego dnia, ze zdobyczną mapą ruszyliśmy na obrzeża stolicy, do rozległego parku, w którym natknęliśmy się na olbrzymi pomnik ku pamięci pomordowanych. Armenia, podobnie jak Gruzja, wielokrotnie była wciągana w krwawe konflikty. Należy wspomnieć chociażby o 1915 roku, w którym to władze tureckie, w ramach nacjonalistycznych czystek etnicznych, wymordowały ponad 1,5 miliona Ormian.

11 sierpnia przetransporotwano nas na lotnisko, skąd o godzinie 23 wylecieliśmy samolotem rządowym Tu-154. To maszyna średnich lotów, która okres swej świetności ma już daleko za sobą, a mimo to, nadal wykorzystywana jest przez naszych oficjeli.

Po trzech godzinach lotu wylądowaliśmy w Warszawie. Była to swoista teleportacja, w której czas i przestrzeń przestała odgrywać rolę. Polskę i Armenię dzielą trzy strefy czasowe, dlatego po trzech godzinach lotu, nasze zegarki nadal wskazywały godzinę 23. Fascynujące.

Telewizja, światła, tłum reporterów i cała masa pytań – tak nas przywiotano. A my, no cóż, chcieliśmy tylko wrócić do domu, bo to był nasz udany, szczęśliwy koniec przygody.

Marki i partnerzy

Produkty do porównania:

Porównaj wybrane Usuń wszystkie